piątek, 20 kwietnia 2012

[R] Gambit - Michał Cholewa



Mamy rok 2211. Ludzkość próbuje odbudować swą dawną potęgę. Niegdyś polegająca na wszechobecnej Sztucznej Inteligencji, obecnie zmuszona jest radzić sobie bez niej. Wszystko zmieniło się diametralnie wraz z nadejściem Dnia, w którym SI została zainfekowana nieznanym wirusem. Skutki okazały się katastrofalne, ponieważ Sztuczna Inteligencja kontrolowała całą sieć technologiczną począwszy od stacji kosmicznych, na bazach wojskowych skończywszy... Ludzkość była zmuszona podjąć radykalne kroki wyłączenia i unicestwienia wszelkich objawów SI. Ziemia stała się jałową postapokaliptyczną pustynią, wszystkie dane i współrzędne systemów gwiezdnych przepadły wraz z pozbyciem się Sztucznej Inteligencji. Obecnie trzy największe frakcje (Unia Europejska, Ameryka, Imperium Chińskie) starają się odnaleźć zagubione drogi do niegdyś znanych systemów. Wraz ze zniszczeniem ziemskiego świata, wszechświat stał się zbyt ciasny dla skłóconej rasy ludzkiej.


Gambit wydany nakładem wydawnictwa Ender jest debiutem literackim Michała Cholewy (pierwsza samodzielna powieść). Książka zachwyca jeszcze przed zagłębieniem się w samą lekturę. Grafika znajdująca się na okładce to prawdziwa uczta dla oka. Ilustrator – Mariusz Kozik – w doskonały sposób umieścił całą kwintesencję książki na początkowej ilustracji. Zachwyt wzrasta wraz z zanurzaniem się w snutą historię, dlatego można stwierdzić, że opowieść jest nader interesująca. Czytelnik powoli – aczkolwiek nieubłaganie – zostaje wciągnięty w sam środek konfrontacji pomiędzy żołnierzami UE a Amerykanami. Przeważnie przebieg zdarzeń obserwujemy z punktu widzenia żołnierzy Unii Europejskiej, chociaż raz mamy okazję spojrzeć na konflikt także jankeskimi oczyma.

Akcja książki w dziewięćdziesięciu pięciu procentach rozgrywa się na niewielkiej i mało znaczącej amerykańskiej planecie New Quebec. Pozostałe pięć procent ma miejsce w przestrzeni kosmicznej. Autor stopniowo wprowadza do swej książki aurę tajemniczości i zagrożenia. Wszystko za sprawą opisów New Quebec, które po mistrzowsku budują klimat do tego stopnia, że w pewnym momencie odrywamy się od czytania i dla uspokojenia własnych nerwów mimowolnie rozglądamy się wokoło.

Fabuła została przedstawiona w sposób nowatorski i niezwykły, bowiem Michał Cholewa postawił na ideę bohatera zbiorowego. Praktycznie każdy żołnierz dysponuje własną historią do opowiedzenia, dzięki czemu przemieniają się z papierowych ludzików w postaci niemal realne. Nie ma tu bowiem miejsca na bezimiennych statystów, większość z przedstawionych bohaterów posiada twarz, imię i przeszłość. Dlatego trudno czytelnikowi się z nimi rozstać, bo każda śmierć bohaterów jest niczym sztylet wbity we własne serce. Szczerze podziwiam autora za próbę ujarzmienia bohatera zbiorowego, nie należy to bowiem do najłatwiejszych zadań. Tym większe brawa należą mu się za to, że próba ta okazała się sukcesem i strzałem w dziesiątkę. Kolejnym plusem jest zastąpienie imion postaci ksywkami. Dzięki temu łatwiej zapamiętać wielu bohaterów naraz. Nadaje to też indywidualności poszczególnym jednostkom, często bowiem ksywki odzwierciedlają charakter danego żołnierza.

Powinienem też skupić się na wadach powieści, jednakże żadnych nie znalazłem, co było dla mnie miłym zaskoczeniem. Taka sytuacja to rzadkość wśród debiutantów. Gambit należy do gatunku military sf, którego nie każdy jest sympatykiem – mnie osobiście to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Obecnie mało jest książek tego rodzaju na polskim rynku, które są tak dobrze napisane.

Podsumowując, Gambit, to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów sf. Gwarantuję Wam kilkanaście godzin niezapomnianych wrażeń. W książce znajdziecie wszystko to, czego oczekujecie od dobrej powieści militarnej rozgrywającej się w odległej przyszłości. Konflikt zbrojny, niuanse polityczne, walki piechoty, bitwy kosmiczne, genialne intrygi oraz żołnierską bezwzględność... Wszystko to zostało napisane zrozumiałym językiem (nie oznacza to, że brak tu fachowej terminologii), w sposób na tyle przystępny, że praktycznie każdy może bez obaw sięgnąć po tę pozycję. Gambit zachwyca nie tylko samą opowiedzianą historią, ale także jakością wydania. Trudno doszukać się w tekście jakiejkolwiek literówki czy innego niedopatrzenia. Zarówno Michał Cholewa, jak i wydawnictwo Ender oddało w nasze ręce książkę, która na długo zagości w pamięci większości czytelników. Życzę Wam przyjemnej lektury, a sobie rychłej kontynuacji i oby okazała się tak samo dobra, jak jej poprzedniczka, bo wątpię czy da się ją napisać lepiej.

Ocena punktowa 9/10

Krystian "Anansi" Citowicki



Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Efantastyka.pl


Tytuł: Gambit
Autor: Michał Cholewa
Wydawca: Ender Sławomir Brudny
Projekt okładki: Mariusz Kozik
Data wydania: 18 kwiecień 2012
ISBN: 978-83-6273-006-3
Format: 144 x 207 mm
Objętość: 320 strony



wtorek, 13 marca 2012

[R] Głos Lema (Antologia)


Większość czytelników poproszona o wymienienie najlepszych autorów literatury fantastycznej, bez zastanowienia wyliczy: Tolkiena, Asimova, Zelaznego; prawdopodobnie padną też takie nazwiska jak: Williams, King, Masterton… Nie zaprzeczę, że każdy z wyżej wymienionych twórców wykreował światy i opowieści warte poznania. Można by na tym poprzestać, lecz aż ciężko się robi na sercu, ponieważ mało kto pamięta o naszym rodaku – Stanisławie Lemie – polskim pionierze, który bez strachu wypływał na nieokiełznane „nurty fantastyczne”. Ten człowiek jest do dziś wielkim mistrzem tylko dla nielicznych. Jedni się z tym zgodzą, inni zapewnie nie. Cóż mogę na to rzec? Jedyne co przychodzi mi do głowy, to staropolskie przysłowie, które celnie określa opisywaną sytuację: „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie”.

Przed przystąpieniem do czytania „Głosu Lema” zastanawiałem się nad tym dlaczego tak mało osób zna twórczość tegoż człowieka. Po otworzeniu książki okazało się, że w Przedmowie napisanej przez Jacka Dukaja została, między innymi, poruszona kwestia związana z powyższymi przemyśleniami, autor wstępu próbuje też przybliżyć czytelnikowi główne założenia, na których powstała opisywana antologia. Zadaje również fundamentalne pytanie: „Czy można pisać Lemem” oraz wyjaśnia to, co tak bardzo mnie nurtowało – dlaczego tylko nieliczni, potrafią cieszyć się twórczością tegoż autora. Jednym z argumentów mogących to wytłumaczyć, jest niedojrzałość czytelników, którzy po raz pierwszy mają styczność z książkami twórcy „Solarisa” już we wczesnych latach szkolnych. Muszę przyznać, że powyższe stwierdzenie trafiło do mnie. Jacek Dukaj w swojej przedmowie porusza też kilka ważnych i dających do myślenia spraw, tłumacząc jednocześnie, jaką konkretnie książkę trzymamy w dłoniach. Wielu pewnie myśli, że jest to zbiór opowiadań samego Lema. Niestety te osoby są w ogromnym błędzie… Wydawnictwo Powergraph oddało w nasze ręce pozycję całkowicie inną. Czymże więc jest recenzowana książka? Zbiorem opowiadań napisanych przez dwunastu autorów, którzy stworzyli rzecz niesamowitą – opowieści odpowiadające na zadane już pytanie o pisanie Lemem. Czy udało się sprostać zadaniu? Przyjrzyjmy się temu bliżej.

„Trzynaście interwałów Iorii” Krzysztofa Piskorskiego jest tekstem, na którym ciąży ogromna odpowiedzialność, został on wybrany jako pierwszy. Musi więc na tyle zainteresować odbiorcę, by czytelnik zechciał zanurzyć się w dalszej lekturze książki. Znam wiele antologii, których wybrane teksty otwierające zbiór nie bronią ani siebie, ani całego tomiku opowiadań. Dlatego z pewną dozą sceptycyzmu podchodziłem do historii opowiedzianej przez Krzysztofa Piskorskiego. Jednak z czasem zacząłem żyć tą opowieścią, ostrożność i sceptycyzm zmieniły się w bardziej pozytywne odczucia. Autor opisuje odległą przyszłości, gdzie ziemia jest jałową, wyniszczoną planetą, na której, tylko pozornie, nie ma życia. Naukowcy szybko odkrywają, że blisko jej jądra znajduje się coś żywego, komputery jednak stanowczo temu zaprzeczają. Kto ma rację? Maszyneria daleko wykraczająca poza granice naszego rozumowania? Czy jeden z naukowców, który szczyci się faktem, że w małym procencie posiada genotyp ludzki? Owa istota okaże się błogosławieństwem, a może raczej przekleństwem? Tego Wam nie powiem, gdyż gdybym tak zrobił, wtedy zepsułbym całą zabawę. Bez krzty zwątpienie przyznaję, że opowiadanie stworzone przez Piskorskiego jest jednym z moich faworytów w omawianej antologii.

Zachęcony poprzednią historią z zapałem począłem zanurzać się w kolejnym tekście. Sam tytuł: „Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia” zaintrygował mnie. Dodajmy do tego, że autorem tekstu jest ceniony przeze mnie Rafał W. Orkan. Intuicja mnie nie zawiodła, opowiadanie zostało napisane niezwykle przyzwoicie, czytelnym i prostym językiem, który każdemu przypadnie do gustu. Po przeczytaniu kilku pierwszych stron przygód księcia Kordiana, zastanawiałem się, dlaczego to właśnie ten tekst znalazł się w zbiorze poświęconym Lemowi. Początkowe wersy są bliższe fantasy niż SF. Mamy bowiem zamki, dżina, magię… jakoś niezbyt pasowało mi takie nawiązanie do prozy Lema. Ta lekka dawka fantasty porządnie mnie nurtowała, ale wystarczyło odwrócić kartkę, by otrzymać rzecz całkowicie odmienną. Zamek, w którym książę mieszka odlatuje na księżyc, gdzie główny bohater ma zaszczyt poznać obcą, patykowatą rasę. Patykowaci, ludziki przypominające ziemskie drzewa, przyjmują obcego z otwartymi gałęziami. Oprowadzają go po księżycu, opowiadają swoją historię i omijają pytania związane z różnicami widocznymi w ich wyglądzie. Jak się później okazuje, te różnice w wyglądzie (jedni mają bogate korony, inni tylko parę gałęzi. Jedni są kolorowi, drudzy szarzy/czarni) są dla obcej rasy tematem tabu, za sprawą którego nasz książę wpada w nieliche tarapaty. Tekst napisany przez Orkana jest pełen polotu, świeżości i humoru. Uważny czytelnik znajdzie też wiele nawiązań do sytuacji istniejących w naszym, realnym świecie. „Księcia Kordiana księżycowych przypadków część pierwsza i najprawdopodobniej ostatnia” jest opowiadaniem ciut gorszym od pierwszego, jednak i tak warto się z nim zapoznać.

Dwie historie zostały omówione. Obie zdobyły pozytywną ocenę, co entuzjastycznie nastroiło mnie do kolejnego dzieła. Jest nim „Zakres widzialny” Wawrzyńca Podrzuckiego. Uwierzycie jeżeli powiem, że tekst stoi na tym samym, dobrym, poziomie co poprzednie opowiadania? Musicie, bo w istocie tak właśnie jest. Różni się jednak od pozostałych przedstawionych historii. „Trzynaście interwałów Iorii” określiłbym mianem hard SF, „Księcia Kordiana” lekkim SF z domieszką fantasy. Natomiast „Zakres Widzialny” to czyste SF, lecz łatwo idzie o tym zapomnieć. Gdyby nie wstawki ze specjalistycznym nazewnictwem, czy też wzmiankowanie o tym, że bohaterowie znajdują się na obcej planecie, to miałbym wrażenie, że cała przygoda odbywa się na ziemi, w pustynnym miejscu (np. na Saharze). Z czym mamy do czynienia w „Zakresie widzialnym”? Z obcą planetą, na której ląduje grupa badawcza, szukająca życia na owej piaszczystej wyspie, znajdującej się wśród otchłani kosmosu. Nowa misja zaczęła napawać ich niezwykłym optymizmem. Wszystko z powodu świecącego miasta, które zobaczyli tuż po wylądowaniu. To odkrycie było dla nich dowodem na to, że na tej planecie istnieje życie. Wystarczyło tylko dotrzeć do tego miejsca. Przez większą część tekstu śledzimy ich drogę ku tajemniczym budynkom, przysłuchujemy się rozmowom, widzimy jak próbują przetrwać w obcym świecie. Wszystko w imieniu wyższego celu – nawiązania kontaktu z rozumną rasą. Najlepsze jest to, że mimo ciągłego opisu ich podróży, opowiadanie nie nudzi. Wręcz przeciwnie, porywa od pierwszej strony. Nie napotkałem w tym tekście niczego, co mógłbym skrytykować. Na zachętę dodam, że czasem pewne rzeczy okazują się czymś innym, niż wydawały się na początku.

Andrzej Miszczak zaproponował nam opowieść zatytułowaną „Poryw”, w której mamy do czynienia z konfliktem cyborg-ludzkość. Autor, w dość przystępny sposób, snuje swą opowieść, stopniowo odsłaniając wszelkie niespodzianki. Mamy tu do czynienia z poważnymi przemyśleniami zgrabnie wplecionymi w osnowę opowiadania. W „Porywie” zostają zadane trudne pytania, nad którymi każdy z nas powinien się głęboko zastanowić: „Czy ludzkość powinna obawiać się cyborgów”?, „Jaka jest szansa na wykształcenie przez sztucznych ludzi czegoś na kształt uczuć"? Niektóre poruszone kwestie autor częściowo wyjaśnia, reszta pozostaje niedopowiedziana. Jako czytelnicy zostajemy świadkami przejęcia statku kosmicznego przez cyborgi. Początkowo sytuacja wygląda niekorzystnie dla sztucznego człowieka, z czasem okazuje się jednak, że porwanie pojazdu jest krokiem niezbędnym do uzyskania, przez te maszyny, wolności. Niezwykle przyjemnie czyta się teksty traktujące o sprawach ważnych, będących na czasie, które są podane w tak atrakcyjnej formie, jak dzieje się to w przypadku opowiadania „Poryw”. Gorąco polecam, Adam Miszczak wywalczył kolejny plus dla „Głosu Lema”. Czy ktoś się w końcu wyłamie?

Tak, Alex Gutsche autor opowiadania „Lalka” nie do końca podołał zadaniu. Tekst, który napisał, czyta się całkiem dobrze. Jeżeli natomiast chodzi o fabułę, realizm postępowania postaci, konstrukcję bohaterów i końcowy morał, to z przykrością muszę powiedzieć, że nie dorównują one dziełom “zapunktowanych” autorów. Nie będę streszczał fabuły „Lalki”, ponieważ mija się to z celem. Być może, gdyby to opowiadanie znalazło się w innym zbiorze, gdzie pozostałe teksty byłyby ciut gorsze, to dostałoby przychylniejszą ocenę. Jednak w „Głosie Lema” znajdziemy dużo lepsze historie – niestety, na ich tle „Lalka” wypada słabo.

Po przeczytaniu opowiadania Gutsche’a pozostał pewien niesmak, który swoim dziełem „Płomieniem jestem ja” zamazała Joanna Skalska. Autorka tegoż tekstu, bardzo szybko oplotła mnie mocnymi, fabularnymi nićmi. Nie wyrywałem się, było zbyt przyjemnie. Tak, nie mylicie się – „Płomieniem jestem ja” to mój drugi faworyt… Głównym wątkiem fabularnym jest pierwszy kontakt ludzkości z obcą cywilizacją. Oto na ziemi ląduje kapsuła, w której znajduje się piękna kobieta. Cały świat zamarł w oczekiwaniu: dla jednych owa istota płci żeńskiej była nadzieją na lepsze jutro, inni natomiast widzieli w niej początek końca świata. Naukowcy, którzy jako pierwsi zjawili się w kapsule, zamarli ze zdziwienia. Wynikało to nie tylko z faktu ujrzenie obcego wyglądającego jak człowiek, ale także dlatego, że ta piękna kosmitka była w ciąży. Poród nastąpił w kapsule: urodziły się bliźniaki, które również przypominały istoty ludzkie, co jeszcze bardziej zszokowało świat. Streściłem zaledwie początek tego niezwykłego opowiadania. To, co wydarzy się dalej musicie przeczytać sami. Gratuluje Joannie Skalskiej stworzenia tak fascynującego tekstu. „Płomieniem jestem ja” stanowi jedno z tych dzieł, w którym czytelnik zakochuje się od pierwszego czytania

„Słońce król” Janusza Cyrana jest dość dziwnym opowiadaniem. Mam co do niego mieszane uczucia. Początek spodobał mi się. Rozwinięcie i końcówka już niekoniecznie. Nawet trudno mi powiedzieć, o co dokładnie chodziło autorowi. Bohaterem tekstu jest młody Pascal, który znajduje się w abstrakcyjnym świecie-zamku. Czyhają tam na niego liczne niebezpieczeństwa. Począwszy od młodej, wysoko postawionej, dziewczynki i jej koleżanek, które co rusz go łapią, rozbierają i przywiązują do słupa w wiadomych celach, na samym zamku zdającym się żyć własnym życiem skończywszy. Mnie osobiście opowiadanie się nie spodobało i trudno mi jednoznacznie stwierdzić do kogo ten tekst jest skierowany. Nic oprócz początkowych stron i intrygujących bohaterów nie przyciąga do „Słońce król”. Ośmielę się nawet stwierdzić, że tekst jest słabszy niż wspomniana wcześniej „Lalka”. Nie usprawiedliwia go nawet obecność zbyt mocnych konkurentów…

Niesmak powrócił i znów został przepędzony. Tym razem przez Wojciecha Orlińskiego i jego „Stanlemian”, który dobitnie nawiązuje do osoby Stanisława Lema. Cała historia rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Jedną stanowi świat realny, drugą cyberkraina, do którego można się przenieść za odpowiednią opłatą. Szybko jednak odkryto, że po powrocie z cybernetyku do życia w realu, trudno się rozeznać w tym czy to, co widzimy jest prawdziwe. Wymyślono więc Lemiany (nazwane tak ku czci polskiego pisarza, Stanisława Lema) przekonujące podróżnika, że faktycznie wyszedł z wirtualnej dziedziny. Czym więc może być Lemian? Obiektem nam najbliższym, który po ujrzeniu utwierdza nas w przekonaniu, że otoczenie jest prawdziwe. Takim przedmiotem często są stare pieniądze (nie będące w obiegu), nieistniejące w wykreowanyej cyberkrainie. Po co przenosić się do wirtualnej domeny? By pograć w kasynie (zdobyte pieniądze przechodzą do realnego świata po spełnieniu odpowiednich warunków), zażyć życia, poczuć się jak ktoś ważny i niczym się nie martwić, ponieważ śmierć automatycznie przenosi człowieka do prawdziwego istnienia. Wojciech Orliński wysyła swojego bohatera do komputerowo wykreowanej płaszczyzny, po odbiór wysokiej wygranej zdobytej w wirtualnym domu hazardu. Nagrody, której ktoś inny nie zdołał przenieść do rzeczywistości. Historia zawiera wiele niespodzianek, zwrotów akcji i tajemnic. Całość napisana przejrzystym językiem i owinięta ciekawą fabułą sprawia całkiem przyjemne wrażenie. Kolejne zapunktowanie!

Opowiadanie Rafała Kosika jest trzecim i ostatnim z moich faworytów. „Telefon” to wyjątkowy tekst, który jako jedyny z omawianej antologii, wzbudził we mnie tak głęboki żal, smutek i współczucie… Dałem się ponieść nastrojowi i wydaje mi się, że podczas lektury każdy, nawet największy twardziel, odkryje w sobie te głęboko skrywane uczucia (pod warunkiem, że taki twardziel potrafi czytać…). Kosik opowiedział swą historię najlepiej spośród pozostałej dwunastki Lemowych apostołów. Stopniowo odkrywa kurtynę tajemnicy, dokłada zagadek i sekretów... Chcąc nie chcąc, próbujemy je rozwiązać wraz z główną bohaterką, której mąż ginie w wypadku samolotowym. Ale czy na pawno? Przecież co chwilę dzwoni telefon świeżo upieczonej wdowy, a w słuchawce słychać głos jej męża. Czyżby przeżył katastrofę? Fakty temu przeczą… Gwarantuję Wam, że nie będziecie żałować czasu poświęconego na zapoznanie się z tym opowiadaniem.

Oczywistym wydaje się fakt, że skoro tekst Rafała Kosika uznałem za głównego faworyta zbioru poświęconego pamięci Stanisława Lema, to kolejne opowiadanie będzie gorsze. A i owszem, jest. Słabsze, ale na tyle dobre, by zaskarbić sobie moją sympatię. „Blask” Pawła Palińskiego jest tekstem przeciętnym, który może się podobać. Główny bohater, określany mianem K., zostaje naznaczony przez nieznaną siłę. Pierwszy kontakt ma miejsce w kościele, podczas mszy. Właśnie tam spływa na niego oślepiający blask, za sprawą którego w ciele K. zachodzą niepokojące zmiany. Wszystkie otwory jego ciała zasklepiają się… Całość została napisana w formie relacji sporządzonych przez ekipę badającą ten przypadek. Niestety, nie jestem w stanie opowiedzieć nic więcej na temat tego tekstu, ponieważ zdradziłbym zbyt wiele ważnych dla fabuły szczegółów.

Przedostatnim opowiadaniem są „Opowieści kosmobotyczne Dominika Vidmara” autorstwa Filipa Haka. Już na pierwszy rzut oka widać, że ten tekst będzie inny niż pozostałe. Różni się dwoma rzeczami: objętością i formą. Co do objętości, „Opowieści kosmobotyczne” są najdłuższym opowiadaniem umieszczonym w „Głosie Lema”, osiągają one blisko sto stron. Natomiast forma tekstu jest encyklopedyczna. Cały utwór dzieli się na poszczególne hasła, które są szczegółowo opisywane. Powątpiewałem czy da się takie coś czytać… okazało się, że owszem i to nawet całkiem przyjemnie. Mamy bowiem encyklopedyczne słowa klucze, które zostają opisane w bardzo umiejętny sposób, tworząc razem z innymi hasłami spójną całość-opowieść. Historii niczego nie brakuje: są bohaterowie, tło, humor i, co najważniejsze, wciągająca fabuła. Wszystko podane w formie encyklopedii. Zaciekawieni? I słusznie, ponieważ każdy szanujący się fan Lema i szeroko pojętej fantastyki powinien zapoznać się z „Opowieściami kosmobotycznymi Dominika Vidmara”.

Ostatnie opowiadanie to dzieło Jakuba Nowaka, które nosi tytuł „Rychu”. Tytułowy bohater jest znanym i cenionym autorem powieści, cierpiącym na zaburzenia obsesyjno-maniakalne, objawiające się doszukiwaniem się, w każdym możliwym aspekcie, międzynarodowych spisków. Rychu uważa chociażby, że Stanisław Lem nie był osobą, za którą się podaje, nie stanowi nawet pojedynczej jednostki, lecz zorganizowaną grupę przestępczą zagrażającą całemu światu. Ciekawe, prawda? W opowieści oprócz niezrównoważonego literata, zobaczymy także tajnych agentów, piękne Rosjanki, laboratorium wyrastające jak spod ziemi w piwnicy głównego bohatera oraz kilka innych absurdów. Ten niezwykle irracjonalny pomysł, w moim przekonaniu, zasługuje na plus. Dlatego opowiadanie zamykające również zapunktowało.

Nadeszła pora, by odpowiedzieć na pytanie: czy można pisać Lemem? Otóż, twórca „Bajek Robotów” był autorem niepowtarzalnym, kameleonem, który potrafił zmieniać style i formę swoich prac. Wielu może próbować mu dorównać, lecz nie każdemu uda się powyższa sztuka. Póki co, najbliżej pierwowzoru jest dwunastu autorów, którzy zaszczycili omawianą antologię swoimi tekstami i pokazali całemu światu, że Lem wielkim artystą był i warto go cenić.


Ocena punktowa: 10/12
Ocena procentowa: 83%

Krystian "Anansi" Citowicki


Recenzja pierwotnie ukazała się na portalu Efantastyka.pl




Tytuł: Głos Lema
Autor: Opracowanie zbiorowe
Wydawca: Powergraph
Projekt okładki: Rafał Kosik
Data wydania: 21 października 2011
ISBN: 978-83-61187-32-5
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Format: 125 x 195 mm
Objętość: 552 strony


poniedziałek, 12 grudnia 2011

Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 1


Gdy pewnego pięknego dnia wchodziłem do ulubionego kina, moją uwagę przykuło kilka dziwnych zjawisk. Wszystko zaczęło się podczas wjeżdżania na drugie piętro, gdzie znajdują się kasy. Pierwszym zastanawiającym elementem był potworny hałas, na który składały się rozmowy, nerwowe chichoty oraz piski należące (w głównej mierze) do żeńskiej grupy widzów. Przeszedłem z trudem przez rzędy kolejek i skierowałem swe kroki ku sali numer sześć. Powoli uświadamiałem sobie, że te tłumy wybierają się na kolejną część przygód Edwarda i Belli. Z powyższych rozmyślań wyrwał mnie jeszcze potężniejszy, niż ten przy kasach – gwar – który dobiegał z trzeciego piętra. Była to kolejna partia widzów, nerwowo wyczekujących przy, o zgrozo, mojej sali, zajmując przy tym połowę korytarza. Pośród tłumu dziewcząt dało się dostrzec kilku mężczyzn... i wiecie co? Zrobiło mi się ich żal. Zachowywali się tak, jak gdyby nie do końca wiedzieli, gdzie są i co tu robią, niestety, duma nie pozwalała im się wycofać (skoro powiedziało się A, to należy powiedzieć też B). Wszystko miało miejsce 18 listopada – w dniu premiery filmu pt. Saga Zmierzch: Przed świtem, wchodzącego w skład cyklu Zmierzch, który powinien być jego ostatnią częścią. Twórcy zdecydowali jednak inaczej i, idąc za przykładem Harrego Pottera, podzielili Przed Świtem na dwa odrębne kawałki. Czy taki zabieg wyszedł im na dobre? Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: tak (sprawa wygląda gorzej, jeżeli weźmiemy pod lupę dobro widzów). Na potwierdzenie moich słów wystarczy fakt, że dzięki prostemu chwytowi podwoili swoje zyski – w końcu dwa filmy zarobią więcej niż jeden, prawda? Nie twierdzę tutaj, że podzielenie projektu na odrębne produkcje jest czymś złym. Takie rozwiązanie to świetny pomysł pod warunkiem, że pierwsza część pokaże wysoki poziom, a kolejna go utrzyma. Chcecie wiedzieć czy Przed Świtem było dość dobre? Ujmę to tak, poziom był – leżał sobie rozłożony plackiem na deskach.

Czwarta część sagi zyskała nowego reżysera, został nim Bill Condon znany z takich produkcji jak: Dreamgirls, Kinsey czy też Bogowie i potwory. Co ciekawe, poszczególne filmy z cyklu Zmierzch były reżyserowane przez różne osoby, natomiast scenarzysta pozostaje ten sam, ciągle jest nim Melissa Rosenberg. Wielu widzów wierzyło, że wraz z kolejną zmianą personalną ekranizacja zyska na wartości i wyróżni się na tle poprzednich części. Niestety, nadzieje i marzenia okazały się płonne, śmiem nawet twierdzić, że Przed świtem jest najsłabszym ogniwem cyklu. Nie zmienia to jednak faktu, że film zarobi na siebie, a wszystko za sprawą autorki – Stephanie Meyer, która wydała zgodę na ekranizację swoich powieści. Uważam tak dlatego, że do kina na cykl Zmierzch przychodzą przeważnie fani książkowego pierwowzoru. Najdziwniejsze jest jednak to, że niezrażeni niskim poziomem ekranizacji poprzednich tomów serii z niecierpliwością wypatrują wszelkich nowinek na temat kolejnych części, chociaż wiedzą o tym, że także będą słabe. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem.

Saga Zmierzch: Przed świtem rozpoczyna się w miejscu, gdzie większość filmów zwykle się kończy. Oto w pierwszych minutach projekcji, jesteśmy świadkami zaślubin wampira Edwarda z Bellą, które poprzedza kilka krwawych retrospekcji wybranka panny Swan. Widzimy w nich, jak bohater buntuje się przeciwko Carlisowi i próbuje smaku ludzkiej krwi. Na początku opowieść zaciekawia i to nawet dość mocno. Wszystko dzięki zastosowaniu swoistego rodzaju dramaturgii (szybkie i sprawne przeskoki pomiędzy poszczególnymi historiami) tylko po to, by końcowa retrospekcja rozczarowała. Widzimy w niej zbuntowanego wampira, stojącego w dziwnej pozie, z krwią spływającą po brodzie. Według mnie, twórcy pokazali nam ten obraz tak sztucznie, że mozolnie budowany dramatyzm mimowolnie przemienia się w komizm. Zresztą, nie jest to jedyna słaba i plastikowa scena w filmie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje pewna grupa osób, która nie wie o czym jest ta część ekranizacji sagi. Specjalnie dla nich streszczę (w telegraficznym skrócie) fabułę. Mamy wampira i człowieka, którzy bardzo się kochają. W końcu dochodzi do ich zaślubin. Na weselu pojawia się wielu przyjaciół i znajomych obu rodzin, przychodzi nawet Jacob i co niezwykłe... ma on na sobie komplet ubrań. Zapewne wierne fanki niesfornego wilkołaka poczuły się tym faktem rozczarowane. Mnie natomiast, niezmiernie ucieszyło to, że nie muszę oglądać jego nagiego torsu. Edward, bez zbędnej zwłoki, zabiera swą małżonkę na miesiąc miodowy. Podróż trochę trwa, koniec końców, trafiają na nieznaną wyspę, która, jak się później okazuje, jest własnością Esme (żony Carlisa). Podczas pobytu w owym raju dochodzi do zbliżenia, dzięki któremu Bella (ku niezadowoleniu Edwarda) zachodzi w ciążę. Świeżo upieczony mąż podejrzewa, że płód nie jest zwykłym dzieckiem, ponieważ został on poczęty przez wampira i człowieka. Szybko okazuje się, że jego przypuszczenia są prawdziwe, przemawiają za tym takie oznaki, jak: nienaturalnie wcześnie występujące objawy ciąży i jej błyskawiczny rozwój. Akcja przenosi się z powrotem do domu Cullenów, gdzie wszyscy (z wyjątkiem Belli) ze strachem oczekują rozwiązania.

Tak, w skrócie, przedstawia się fabuła filmu. Jak to wygląda w rzeczywistości? Przyznam szczerze, że... nudno. Całość jest przegadana, a akcja... co ja mówię, akcji się tam nie uświadczy! Przez pierwszą godzinę mamy okazję poobserwować, jak to milutko nowożeńcom upływają dni na pięknej wyspie, a trzeba przyznać, że mijają niezwykle interesująco. Świeżo upieczeni małżonkowie przeważnie grają w szachy, resztę czasu wykorzystują na rozmowy i nieudolne próby uwiedzenia męża przez Bellę. Raz jesteśmy świadkami, jak pomiędzy zakochanymi dochodzi do stosunku, podczas którego Edward osiąga szczyt rozkoszy. Efektem dzikich harców jest zniszczona rama łóżka, której się trzymał. Nie cieszcie się jednak tą wizją, ponieważ scena liczy sobie ze dwie, czy trzy minuty, a potem znów grają w szachy.

Mam pretensje do twórców filmu. Nie pomyśleli oni o widzach, którzy nie znają papierowego pierwowzoru. Chodzi mi o to, iż w książce było jasno powiedziane, że Bella przebiera się w kuszącą bieliznę po to, by zachęcić Edwarda do seksu. W filmie nie ma o tym mowy. Widzimy tylko (w urywanych scenach), jak Bella co chwilę pokazuje się w nowej, mało erotycznej, bieliźnie. Osoba, która nie zna książki, patrzy na ekran z tępym wyrazem twarzy, gdyż nie zdaje sobie sprawy z tego, o co tutaj właściwie chodzi. W całym filmie jest więcej takich momentów, których bym nie zrozumiał bez znajomości papierowej wersji sagi.

Wiemy już, jak przedstawia się pierwsza godzina projekcji – nic szczególnego się nie dzieje. Jak wygląda ciąg dalszy? Ano, podobnie. Z tą tylko różnicą, że akcja przenosi się do domu Cullenów. Znów przez godzinę przysłuchujemy się rozmowom i teoriom dotyczącym „cudu”, który przecież nie powinien zaistnieć, i rozważaniom mającym na celu wymyślenie sposobu na przekonanie Belli do aborcji. Bo przecież ciąża to zło, w szczególności, jeżeli ojcem jest wampir.

Właśnie w rodzinnym domu Edwarda dochodzi do wymiany zdań, która zasługuje na wręczenie statuetki.
Ta genialna wypowiedź (dotycząca ciężarnej Belli) wyszła z ust Jacoba i była wymierzona w przyszłego ojca. Otóż, wilkołak odkrywczo rzuca w wampira stwierdzeniem: To twoja wina! Cóż, chłopak Ameryki nie odkrył, ale i tak zasługuje na nagrodę. Nie będę opisywał, co działo się dalej, bo nie ma to najmniejszego sensu. Musiałbym przytaczać rozmowy, ponieważ w głównej mierze to z nimi mamy do czynienia. Chociaż nie, był element, który sprawił, że podniosłem się z fotela. Zebranie wilkołaków, podczas którego Sam (dowódca watahy) próbuje wymusić na Jacobie posłuszeństwo. Ta krótka scena, trwająca zaledwie parę minut, spodobała mi się do tego stopnia, że nie przeszkadzał mi nawet wilczy głos przerobiony na Dartha Vadera. Niestety, zaraz po tej akcji (nie wierzę, jednak była akcja!) znów trafiamy do domu Edwarda, w którym Bella ponownie tłumaczy dlaczego chce urodzić dziecko, a jej nowa rodzina znów próbuje ją od tego odwieść...

Raz podczas projekcji zbulwersowałem się, nie na fabułę, nie na grę aktorów (chociaż Bella i jej ciągle rozdziawione usta doprowadzały mnie do szewskiej pasji), lecz na bezmyślność rodziców. Pewna matka przyszła na seans z (tak na oko) dziesięcioletnią córką. Oglądały razem film, którego motywem przewodnim był seks i ciąża, nie wspominając już o takich rarytasach, jak krew serwowana w kubkach. Zamurowało mnie, gdy przeszły obok...

Wróćmy jednak do filmu. Raziło mnie kilka rzeczy, np. będąc na wyspie, Bella wdrapuje się Edwardowi na plecy i razem zeskakują z wodospadu. Twórcy filmu pragnęli dopieścić ten fragmentem za pomocą grafiki komputerowej... Z przykrością stwierdzam, że zrobili to tak nieudolnie, iż efekt końcowy wygląda plastikowo. Wielka szkoda, bo omawiana scena mogła być całkiem fajnym przerywnikiem.

Myślicie pewnie, że film nie podobał mi się pod żadnym względem. Zaskoczę Was. Były dwie, a w zasadzie to trzy, rzeczy, które muszę pochwalić. Tak, naprawdę. Zacznijmy od genialnej muzyki, która na długo zapadła mi w pamięć. W głównej mierze, to właśnie ona ratowała film. Muszę przyznać, że nic nie pobije kołysanki dla Belli, która pojawia się tuż przed napisami końcowymi. Drugą mocną stroną jest scenografia. Możemy popodziwiać uroki przyrody. Wyspa jest piękna, ocean niezwykły, a lasy niesamowite, niekiedy wręcz czujemy się tak, jakbyśmy byli razem z bohaterami w ich świecie. Ostatnia rzecz to zgodność filmu i książki. Nie zauważyłem większych odstępstw od papierowego pierwowzoru. Twórcy filmu Przed Świtem starali się trzymać tego, co napisała Stephanie Meyer. Owszem, znajdą się drobne błędy, lecz nie rażą (przynajmniej nie tak bardzo, jak odczuwalny brak niektórych fragmentów). Znam inne ekranizacje książek, jak choćby Miecz prawdy, które z dziełem pierwotnym łączy tylko bohater i tytuł.

Podsumowując, film to słabizna i nie da się tego ukryć. Prawda jest jednak taka, że (niezależnie od tego, co tu napiszę) wierne fanki i tak pójdą na niego do kina. Jeżeli natomiast nie określacie się mianem zaciekłych wielbicieli iskrzącego się Edwarda (tak, powinien błyszczeć w słońcu, o czym twórcy całkowicie zapomnieli!) i dziecinnego Jacoba, to z całego serca odradzam Wam tę produkcję. Szkoda Waszych pieniędzy, pospać możecie za darmo we własnym domu, a przynajmniej nie zmarzniecie podczas podróży do kina...

Krystian "Anansi" Citowicki


Felieton pierwotnie ukazał się na portalu Efantastyka.pl



Tytuł oryginalny: Twilight Saga: Breaking Dawn
Tytuł polski: Saga Zmierzch: Przed świtem
Producent: Wyck Godfrey, Bill Bannerman, Mark Morgan, Karen Rosenfelt, Isabelle Tanugi, Stephenie Meyer
Reżyseria: Bill Condon
Scenariusz: Melissa Rosenberg
Dźwięk: Carter Burwell
Zdjęcia: Guillermo Navarro
Montaż: Virginia Katz
Rok produkcji: 2011
Czas trwania: 120 minut